EMOCJE – WOLNOŚĆ – ODPOWIEDZIALNOŚĆ cz.1

Czekając aż przyjaciel kupi gazetę, Harris zauważył, że sprzedawca był wyraźnie ponury i kłótliwy. Spostrzegł także, iż jego przyjaciel był dla tego człowieka miły i serdeczny. Gdy razem z przyjacielem odchodzili od kiosku, Harris zapytał:

Czy ten człowiek jest zawsze taki wredny?

  1. Niestety tak – odpowiedział przyjaciel
  • A Ty zawsze jesteś dla niego miły? – indagował dalej Harry

  • Oczywiście – odrzekł przyjaciel

Dopiero teraz Harris zadał pytanie, które nurtowało go od początku:

  • Dlaczego?

Przyjaciel Harrisa musiał się przez chwilę zastanowić.

  • Ponieważ – wyjaśnił w końcu – nie chcę, żeby on czy ktokolwiek inny decydował jak mam się zachować. O tym, jak ja zareaguję, decyduję tylko ja. Ja działam a nie reaguje.

  • To jedno z najistotniejszych osiągnięć w życiu: działanie, a nie reagowanie – mruknął pod nosem Harris.”1

Emocje są ulotne i krótkotrwałe, jednak ich siła jest znacząca a wartość wielka i nieraz kluczowa.

Uczucia i emocje są nam potrzebne. Wszystkie bez wyjątku nam służą. Gdyby było inaczej, nie zostalibyśmy w nie przez matkę naturę wyposażeni. Uczucia pozwalają nam poznać, jaki jest nasz stosunek do rzeczywistości, ułatwiają nam kontakt ze światem, kierują naszym zachowaniem. Są źródłem informacji o nas samych – opowiadają o wszystkich naszych potrzebach, dają energię pozwalającą je zaspokoić. Przykre uczucia podpowiadają: coś tu jest nie w porządku, trzeba tu coś zmienić, a przyjemne otwarcie głoszą: to jest właśnie to, zrób to jeszcze raz!” 2

„(…)wszystkie emocje obejmują stan umysłowego i fizjologicznego pobudzenia koncentrującego się na jakimś zdarzeniu ważnym dla danej jednostki”3

Zanim mój drugi syn się urodził wiele tygodni spędziłam w szpitalu na oddziale patologii ciąży. Kiedy już się urodził sporo chorował przez pierwsze miesiące swojego życia. Starszego syna również nękały kłopoty ze zdrowiem i co chwilę lądowaliśmy w szpitalach z dziećmi. Młodszy syn, który dopiero co się urodził prawie w ogóle nie spał przez pierwsze pół roku swojego życia. Walczyłam o każdą chwilę snu przesiadując z nim w fotelu większość nocy i dni zamknięta w pokoju, bo nie potrafił spać samodzielnie w łóżku. Nie sypiał dobrze nawet trzymany na rękach. Nieustannie wymagał docisku, i bujania. Wpadał w serię drzemek a nie w mocny zdrowy i regenerujący sen. Wymagał ciągłej stymulacji. Był w ciągłym czuwaniu i napięciu. Byłam okropnie zmęczona. On też! W tamtym okresie przeszywający na wskroś lęk i zagrożone poczucie bezpieczeństwa powodowały, że tylko wegetowaliśmy by przetrwać. Permanentne zmęczenie i ból głowy odczuwalny niemal codziennie, powodował u mnie kiepskie samopoczucie i ciągłe rozdrażnienie. Umysł z braku snu miałam jakby ściśnięty w imadle. Z bezsilności i buntu niejednokrotnie łzy same płynęły po policzkach kiedy po prostu chciałam spać. Płacz niemowlęcia, kiedy jest silny i nie dający się uspokoić, głęboko wpływa na układ nerwowy matki i w zasadzie całej rodziny. Kiedy ustępował czułam się wyczerpana psychicznie i fizycznie jakbym kilka ton węgla zwaliła do piwnicy. Zdarzało się, że warczałam na męża i otoczenie. Ta kompletnie chaotyczna i nie dająca się ustabilizować w tym czasie sytuacja przyczyniała się do nie kontrolowanych wybuchów przeżywanych trudnych emocji. Zupełnie nie miałam czasu dla starszego syna i kiedy chciał się pobawić często mu odmawiałam. Zdarzało się, że robiłam to nerwowym tonem od razu mając wyrzuty sumienia w sercu, że jestem nie miła i nie potrafię inaczej w danym momencie. Jedyne co wtedy mówiłam sobie, że to minie i w modlitwach prosiłam Boga o siły i wsparcie. Wierzyłam, że to wszystko jest po coś, bo zwykle wszystko w życiu jest po coś. Kiedy zbierałam się w sobie rozmawiałam ze starszym synem, że to chwilowe i jeszcze trochę trzeba poczekać i wszystko się po układa. Przepraszałam go za swoje zachowanie. Tłumaczyłam, że to nie jego wina. Mówiłam mu o moich emocjach. Próbowaliśmy lokalizować co on czuje. Prosiłam o cierpliwość. Mąż też wiele mu tłumaczył, wspierał i towarzyszył mu kiedy mnie nie było. Wyjątkowo dobrze to znosił. Z mężem staraliśmy się przetrwać z jak najmniejszymi obrażeniami. Nie lubiłam siebie w tym okresie. Pamiętam jak w jedną noc nawrzeszczałam na męża, że nie dam już dłużej rady i ma natychmiast wstać i zająć się dzieckiem mimo że idzie rano do pracy. W nagrodę zrobił mi piękne śniadanie:) Pamiętam, że było mi wstyd bo agresją wylałam swój żal, zmęczenie i wściekłość. Wielokrotnie zdarzało się, że w środku nocy spacerowałam po całym mieszkaniu z płaczącym dzieckiem na rękach i nie można mu było pomóc, bo bolał go brzuszek. Dodatkowo miał spore kłopoty z napięciem mięśniowym, które powodowało, że ciągle się prężył i wyginał. Jego kłopoty neurologiczne utrudniały mu wyciszenie. Czułam wtedy palącą wściekłość i obezwładniającą bezsilność. Dla mnie, człowieka czynu, zadaniowca przyjęcie braku rozwiązania było bardzo trudne. Wewnętrznie wściekałam się  na siebie, na męża, na Boga, nawet na te kilkumiesięczne niemowlę i na cały świat wokół. Przeżywałam istną wojnę z samą sobą. W najtrudniejszych momentach przeżywałam bunt i brak zgody na te wszystkie perturbacje i permanentne zmęczenie, które eskalowały trudne emocje. Nie miałam czasu, żeby się umyć czy ubrać. Jak nie jechałam z dziećmi do lekarza zdarzało się, że w szlafroku cały dzień biegałam z dzieckiem w ramionach niejednokrotnie ze łzami i zaciśniętymi ustami. A w domu był drugi syn, który również potrzebował by się nim zająć. Trzeba było działać, by tę sytuację naprawić. Podjęłam decyzję o nawiązaniu współpracy z trenerką ds. snu dziecięcego. Błażej osiągnął wymagane 6 m-cy życia i ruszyliśmy z miejsca. Zastosowawszy wszystkie zalecenia, wkładając przy tym sporo wysiłku i konsekwencji udało się szczęśliwie poukładać codzienność. Dzień nabrał planu i zdrowego rytmu. Wypoczęłam i ja i cała rodzina. Błażej, bo tak ma na imię mój drugi syn, zaczął przesypiać nieprzerwanym snem w swoim łóżku całe noce i dwie drzemki w ciągu dnia. To jest niesamowite, że da się z dzieckiem wytrenować umiejętność samodzielnego zasypiania przy zastosowaniu konkretnych stałych zasad i rytmów około-dobowych. Syn dzięki temu wyciszył się i wiele lepiej współpracował podczas rehabilitacji. Zaczął łagodnieć. Wreszcie zaczęłam się cieszyć powtórnym macierzyństwem. Uroczym uśmiechem wynagradzał mi przebyty trud. Postępy rozwojowe jakie pokonywał dzięki ćwiczeniom i rehabilitacjom dodawały otuchy. Zyskałam czas by pobawić się ze starszym synem, który cierpliwie czekał i codziennie modlił się o zdrowie i dobry sen dla brata i jak już się doczekał powiedział „mamo, cieszę się, że możesz się ze mną pobawić” Z mężem odzyskaliśmy wieczory i czas dla siebie. Odetchnęłam z ulgą i wiedziałam, że teraz już będzie dobrze.

Gdybym jednak wcześniej nie pracowała nad zdrową komunikacją z samą sobą. Gdybym nie lokalizowała swoich emocji i nie uczyła się rozpoznawać co one do mnie mówią i o jakich potrzebach mnie komunikują. Nie wierzyłabym w Boga. Przeszłabym ten kryzys o wiele bardziej emocjonalnie poobijana, i o wiele więcej krzywdy wyrządziłabym starszemu synowi i mężowi. Wysoce również prawdopodobne, że pogrążyłabym się w depresji. Gdybyśmy z mężem wzajemnie nie uczyli się dialogu ze zrozumieniem swoich emocji i reakcji z nich wynikających te miesiące totalnego chaosu mogłyby mieć fatalne skutki dla życia mojej rodziny i nas drugi raz wykoleić. Wysoce prawdopodobne, że wpadlibyśmy w smutną spiralę obwinień, usprawiedliwień, pretensji, braku zrozumienia i zaufania co mogłoby pogrążyć w kryzysie nasze relacje. Mogłabym się również trwale zniechęcić do macierzyństwa. Dzięki wysiłkowi jaki codziennie wkładamy w budowanie relacji drogą komunikacji i dialogu udało nam się zachować względny spokój. Bo jeśli pojawiały się niekontrolowane wybuchy gniewu, buntu, żalu, złości – pojawiała się też później refleksja. Co się podziało? Dlaczego? Co powinnam zmienić? Czego potrzebuję? Brałam odpowiedzialność za swoje emocje nie szukając winnych i usprawiedliwień. Rozmawiałam z synem i mężem o tym co się wydarzyło. Jeśli ktoś został urażony przepraszałam i wspólnie szukaliśmy rozwiązań, by zapobiegać podobnym sytuacjom później. Mieliśmy świadomość tego, że aktualnie jest trudno i mamy kryzys, ale przejdziemy go i wszystko się uspokoi. To tylko kwestia czasu. Dziś wiem, że to był tylko kolejny egzamin z życia. Egzamin z wcześniej pozyskanych umiejętności. Ile są warte? I czy w kryzysie potrafię je stosować? Bo jeśli chcę coś Wam moi drodzy czytelnicy przekazać muszę i chcę wiedzieć o czym piszę. Jeśli na warsztatach chcę pokazywać jak trenować umiejętności komunikacyjne budując przy tym postawę i zachowania asertywne muszę i chcę wiedzieć o czym mówię i czego uczę. To wszystko stało się dzięki Bożej łasce i codziennej pracy w uświadamianie sobie jakie mam emocje co one mi mówią i czego potrzebuję i jak tym zarządzić, bym ja i moja rodzina była bezpieczna. Dziś wiem, że ten egzamin udało się zaliczyć.

Odkąd ćwiczę uważność na przeżywane emocje i lokalizuję co one mi mówią, czego potrzebuję, staję się silniejsza, bardziej pewna siebie i lepiej czuje się we własnej skórze. Lepiej znam siebie i potrafię skuteczniej zadziałać i zakomunikować czego oczekuję. Staję się bardziej uporządkowana, pewniejsza siebie i żyje w zgodzie z samą sobą. O wiele trudniej też mnie zranić. Jestem odważniejsza. Nie muszę udawać nikogo innego. Znacznie bardziej siebie lubię i akceptuję. Nie muszę już wkładać tyle wysiłku w wmawianie sobie, że muszę być silna i nie ma co się mazgaić – czyli w wypieranie emocji. Dzięki Ci Panie za tą Łaskę. Wypieranie emocji nie ma nic wspólnego z siłą psychiczną ani odwagą. Wprost przeciwnie. Człowiek nie wsłuchujący się w swoją emocjonalność w swój drogowskaz wyrzuca swoją siłę do kosza. Zaczyna żyć w wyobrażeniach, które siły ani odwagi nie dają. Są puste i nadęte jak balon.

Kiedy dzieci są wychowywane bez uważności na emocje jakie przeżywają nie poznają samych siebie. Jeżeli w dzieciństwie słyszymy nie wolno Ci płakać lub złościć się bo jesteś mazgaj albo brzydki, to innymi słowy słyszymy nie wolno Ci czuć! A przez to że czujesz jesteś gorszy bo jesteś mazgaj albo brzydki! A to jest krzywdzące i osłabiające kłamstwo wpierane dzieciom, w które później jako dorośli wierzą i przekazują to kłamstwo dalej. Dlatego nie jest dobrze wychowywać dzieci w zaprzeczeniu do odczuwanych i przeżywanych emocji. Bo utwierdza się w nich przekonanie, że emocje to coś złego, szczególnie te trudniejsze bo są również nieprzyjemne. Skutkiem takiego wychowania jest powstała odległość między tym co czujemy a tym jak działamy. Z biegiem czasu owa odległość wrasta na tyle, że często jej nie zauważamy a powstałą pustą przestrzeń zasypujemy barierami komunikacyjnymi i mechanizmami obronnymi tj. usprawiedliwienia, obwinieniami, roszczenia, kpina, cynizm, poniżenie i inne, co niejednokrotnie działa jak przeklęty krąg. Pod tym wszystkim kryją się przeżyte, nie rozpoznane i nie dopuszczone do głosu, często wyparte emocje, które przybierają karykaturalną formę „pośredniaków” czyli pośredniego wyrażania siebie i swoich emocji w w/w obwinieniach, usprawiedliwieniach, pretensjach itp. Jest to Fałszywa komunikacja nie w prost, często pełna manipulacji, krzywdy i braku uczciwości. Dzieci wychowywane w oderwaniu od swojej emocjonalności uczą się reagowania a nie działania, bo emocje i tak powstają czy tego chcemy czy nie. Są jednak przeżywane w nieświadomości. Wówczas wewnętrzny drogowskaz jest popsuty, kompas nie działa prawidłowo i wprowadza w błąd, a emocje w chaotyczny sposób rządzą człowiekiem. Żeby nie dokonać autodestrukcji umysł pomaga w tworzeni mechanizmów obronnych. Jeżeli dzieci nie nauczymy czuć świadomie i brać za swoje emocje i zachowania odpowiedzialności wychowamy dorosłych zniewolonych w mechanizmach obronnych i nie odpowiedzialnych. Dlatego warto uczyć dzieci, że czują, że emocje są im potrzebne, po co im są i o czym ich informują. Wszystko to po to by nie były marionetkami własnych emocji. By ich wewnętrzny drogowskaz pokazywał drogę, potrzeby, granice i je chronił. Z taką wiedzą i doświadczeniem będą bliższe samym sobie, łatwiej im będzie poznać samych siebie i kim są. Łatwiej im będzie rozpoznać kim chcą być w przyszłości. Będą, odważne, silne i zdrowe psychicznie a to największy dar jaki dziś możemy im dać. Żeby jednak nauczyć tego własne dzieci, najpierw sami potrzebujemy zatrzymać się i skupić uwagę na swojej emocjonalności. Najpierw sami potrzebujemy nauczyć się komunikować z samym sobą i brać odpowiedzialność za to co czuję, co mówię i jak się zachowuję. Najpierw sami potrzebujemy odkryć nasz wewnętrzny kompas i gdzie on nas kieruje by świadomie sobą zarządzać. To od nas zależy czy wyruszymy w drogę treningu zarządzania własnymi emocjami, czy też odrzucimy trud i pozwolimy by to one nami rządziły i w wolności swojej zostaniemy ich marionetkami.

To, że ktoś dla nas jest nie miły nie obliguje ani nie usprawiedliwia w odpłacaniu tym samym.

Uczmy siebie i swoje dzieci świadomego przeżywania emocji i zarządzania sytuacjami w jakich się znajdujemy, byśmy częściej działali a mniej reagowali.

Wszystko to, ku pokrzepieniu serc swoich i innych 🙂

Powodzenia moi drodzy czytelnicy i niech Was Bóg błogosławi i wspiera.

MW

P.S. Druga część wpisu pod tym samym tytułem już wkrótce tu na blogu

——————————-

  • 1-John Powell SJ Twoje szczęście jest w tobie
  • 2-Jacek Krzysztofowicz Czasem trudne, zawsze dobre. Jak zrozumieć pokochać własne emocje.
  • 3-Zimbardo, Johnson, McCann w PSYCHOLOGIA kluczowe koncepcje tom2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *